i jeszcze słów kilka o klikaniu i huśtaniu

Właśnie jestem po lekturze artukułu na Foch’u, o tu.

Rzecz jest o mamach (rodzicach) i klikaniu na telefonie w różnych sytuacjach codziennych. Generalnie o tym, co się stać może, jeśli się ‘zaklikamy’ na dobre a pod opieką mamy dziecko. Autorka listu broni swojego pro-smartfonowego podejścia. Ja jestem tutaj jestem większym sceptykiem. Widok mamy huśtającej niemowlaka i sprawdzającej wpisy na fb to dla mnie sytuacja zdecydowanie na nie.

sfera

Zresztą temat poruszałam już wcześniej. Jest kilka słów kluczy w wychowaniu, które są dla mnie najważniejsze: bezpieczeństwo, komunikacja, radość z bycia razem. I pewnie, że nie chodzi o popadanie w przesadę. Można sprawdzić pocztę, można wysłać sms’a. Warto jednak pamietać, że pokazujemy przykładem swoim dzieciom jak wyglądają więzi z innymi, jak nawiązywać kontakty. My z tych rozmów z placu zabaw wynosimy dużo. Jako rodzice niemowlaka sporo wiedzy ;), ale rozmawiamy nie tylko o dzieciach. Nie zamieniłabym tych rozmów z rodzicami, dziadkami innych maluchów na śledzenie jakiegokolwiek portalu społecznościowego. Zresztą taka zamiana brzmi nieco ironicznie, bo to umiejętności społeczne chcę przecież ‘szlifować’. Sami mamy znajomych z nastoletnimi dziećmi, którzy jednogłosem narzekają na to, że pociechy siedzą w domu i chętniej przesiedzą popołudnie przed komputerem niż wyjdą do kolegi/koleżanki. A ja ciągle wierzę, że mamy wpływ na nasze dzieci i to my mamy je wychowywać. Pewnie, że środowisko ma wpływ, że rówieśnicy… ale tych równieśników ktoś przecież wychowuje? 😉 A to wspólny czas i szansa poznania dziecka, która nam ucieka.

A patrząc na temat szerzej… Nie bez powodu powstają kampanie takie jak ta przestrzegajace przed pisaniem sms’ów i przechodzeniem przez jezdnię. Lub takie jak ta… o tym, co może się wydarzyć, gdy tracimy kontakt z tym, co nas otacza.

Podsumowanie? Klikajmy z umiarem. Autorka artykułu broni swojego zdania pisząc, że ‘technologia jest dla ludzi’ pewnie, że tak! Z częścią jej argumentów się zgadzam, telefon przydaje się nie tylko do dzwonienia i sms’owania. I pewnie, że można poklikać jak kilkulatek biega z kolegami po placu zabaw. A dziecko poparzone herbatą, obite kolana to nic nowego. Zdarzały się i przed smartfonami. I wtedy, i teraz, zdrowy rozsądek pozwoli nam dobrze i rozsądnie wychowywać swoje dziecko na mądrego człowieka, który potrafi komunikować się ze swoimi rodzicami i rówieśnikami nie tylko poprzez wiadomości na fb lub obrazki na instagramie.

o dobrych radach

Pamiętacie te wszystkie dobre rady z okresu ciąży? A po urodzeniu dziecka? Sąsiadki, ciocie, babcie, mama oczywiście… jak z rękawa sypały pomysłami. Łatwo się wtedy ‘zamknąć’ na wszystkie te podpowiedzi. I na część warto :). Są jednak takie, które sprawdziły się i rzeczywiscie pomogą nam szczególnie w początkach macierzyńskich potyczek. Ja jedną, bardzo przydatną, usłyszałam od nowo poznanej osoby na weselu koleżanki. Pamiętam, jak w zaawansowanej ciąży siedziałam w małoeleganckiej pozie z nogami na krześle na przeciw popijając zimną lemoniadę. A rada była następująca: zawsze odkładaj wszystko na swoje miejsce. Kubek, smoczek, śpiochy, cokolwiek dziecięcego i Waszego. Jeśli rzucisz w kąt – wcześniej czy później trzeba będzie się przez taką masę przedzierać. I tracić cenny czas i siły.

Po urodzeniu Pyzy przypomniałam sobie dość szybko o tej radzie, bo okazało się, że nawet sobie tego nie uświadamiałam, ale często odkładałam rzeczy tam gdzie stałam. Tymczasem przejście kilku kroków na przykład do kuchni oszczędzało mi godzinę czasu wieczorem spędzaną na odkładaniu i układaniu. I trzymam się tej rady do dziś.

wszędzie wszytko

A Wy pamiętacie rady, które Wam pomogły i takie… które niekoniecznie ;)?

tyle trzeba zrobić! koniecznie…

Dzisiejsza poranna porcja będzie o urlopie macierzyńskim. I o planowaniu. I o potrzebie zagospodarowania tego czasu tysiącem aktywności.

Ja w ciąży pracowałam dopóki Pyza na to pozwalała a jak już przestała pozwalać to zostało mi leżenie do góry brzuchem – przymusowe, co prawda, ale i tak sporo mnie nauczyło. Pokory na przykład. I, że wcale nie trzeba, ale można. W ciąży więc planowałam jedynie ciążę i pracę 🙂 To tak w ramach wyjaśnienia, bo znam sporo kobiet, które na czas ciąży też planują sporo. Ciążę samą najmniej chyba. Jeśli to kogoś uszczęśliwia to fajnie, mnie akurat nie. Nigdy też nie miałam obaw, że coś mi ucieknie. A to że się zmieni? Dokładnie o to przecież chodzi 🙂 Pewnie, że się zmieni. I dobrze! Potem urodziło się dziecko… i teoria powoli rozmijała się z codziennością.

Zainspirowana wpisem Agnieszki z Happy Place zaczęłam zastanawiać się jakie ja miałam plany na 12 miesięcy urlopu rodzicielskiego.  Było ich sporo. Od kursów on-line zaczynając (mam całą listę do zrobienia!), przez szkolenia stacjonarne, potem podróże, odwiedzanie i zwiedzanie, powrót do zarzuconych z braku czasu zainteresowań. I projektów businessowych leżących w kącie od 5 lat. Ach! I zajmowanie się dzieckiem oczywiście.

Oczywiście, że kurs(y) warto zrobić. Wykorzystać ten czas. Jeśli już trochę ogarniemy niemowlęcy ‘temat’ trochę go potem jednak jest.

łapka

Pewnie, że dobrze gdzieś pojechać, dobrze dla nas i dla malucha.

Dodam, że jestem zwolenniczką ‘złotego środka’ i staram się nie popadać w przesadę. Było jednak we mnie takie przekonanie a może nawet euforia, bo przecież to będzie najdłuższy urlop w życiu, że takie 12 miesięcy trzeba wykorzystać maksymalnie.

Nagle ‘Złoty środek’ odpłynął na chwilę w siną dal. Szybko okazało się, że zamiast cieszyć się spacerem z dzieckiem planuję i zastanawiam się, co zrobię za chwilę. Tak naprawdę uciekała mi cała masa cudownych doświadczeń, bo już kombinowałam, co dalej.

Nie pozwoliłam sobie dość długo na cieszenie się zabawą z dzieckiem, już ‘leciałam’ myślami do następnego zadania. Zaczęło mnie stresować to, że czas ucieka a ja zczymśtam nie zdążę. I było juź naprawdę źle (spytajcie męża…)

W końcu znalazłam taką metodę domorosłą/psychoterapeutyczną. Za każdym razem, gdy dopadał mnie ten pęd robiłam sobie pauzę. Trzeba? Powinnam? Nie trzeba? Chcę? Co jest najważniejsze dla Pyzy, dla mnie, dla nas. I zaczęłam sobie ‘odpuszczać’ pewne rzeczy. Zwolniłam. I doceniłam czas spędzany razem. Brzmi to banalnie, ale bywa trudne do osiągnięcia. Dla mnie bywało. Chciałam wszystko na raz. Pyzę. Siebie. Plany.

Ten etap trwał trwał dobre parę tygodni. Na nic nie straczało mi czasu. I tak na początku może być. Ale po tych paru tygodniach już mniej więcej wiedziałam na czym chcę się skupić. A co spokojnie odłożyć na potem.

Podsumowałam: czas na spacer, huśtawkę i figle to dla mnie podstawa. Nie huśtam córki z jedną ręką na komórce (mam takie mamy smartfonowe na placu). Bo szkoda mi tego uśmiechu, który jest przecież tylko dla mnie :). Nie wspominając o kwestiach bezpieczeństwa… gotuję z Pyzą i dla niej. Ale jeśli wracamy ze spaceru/huśtawek i nie ma czasu na gotowanie to nie rzucam się dziko na kuchnię. Wyciągam słoik i tyle.

Ja nie miałam przed urodzeniem córki obaw, że coś mnie omija/ominie. I może dzięki temu mi łatwiej było to wszystko poukładać i dość szybko się zatrzymać? Najważniejsze jednak było wsparcie i ‘szturchnięcie’ przez bliskich…

Pewnie, że kilku rzeczy mi brak… brakuje mi wysypiania się w soboty, czytania książek (tj. więcej niż 5 stron na raz) a końcówka ciąży była co najmniej trudna do przetrwania. A początek macierzyństwa był wycieńczający fizycznie i psychicznie. I te wszystkie plany!

Dopiero (już?) teraz jakoś powoli zaczynam mieć czas tylko dla siebie. Bez poczucia winy.

Zatrzymałam się. I jest pięknie.

Pyza się budzi. Idziemy się huśtać zanim rozpada się na dobre. Miłego dnia!

potyczki na placu

Dzisiejsza porcja poranna to rozmowa podsłyszana na placu zabaw. Babcia i dziadek, najwyraźniej wycieńczeni opieką nad ruchliwą dwulatką, wychodząc z placu zabaw rzucili sobie pełne ulgi spojrzenia. Po czym babcia rzekła do dziadka: udało się! udało się!

huś

Wszystkim babciom i dziadkom dziękujemy za pomoc, codzienną i odświętną, każdą 🙂

niemowlak gotuje

Nasza córka ma 9 miesięcy i powoli karmienie łyżeczką odchodzi do lamusa. Najchętniej jemy łapkami. A jak już się uda trafić do buzi i zjeść kąsek… co to za radość na pyziowym obliczu 🙂

Do idealnego posiłku nie potrzeba nam wiele. Najważniejsza jest konsystencja, która pozwoli na zwieńczony sukcesem transport posiłku małą łapką z tacki do buzi. Kolejny element to kawałki. Całkiem małe ją zniechęcają, bo wymykają się od razu z małych puchatych paluszków. Za duże są oczywiście niebezpieczne i na dodatek cała sprawa kończy się przeżuciem i wypluciem.

Amciu

obiad, niemowle, krzesełko

Zapewne znacie możliwości i umiejętnosci swoich maluchów, więc wiecie o czym piszę 🙂 Dla mnie idealny kawałek to taki, która Pyza utrzyma w łapce, ale zdecydowanie większy niż ‘kąski’ w daniach słoiczkowych.

Kolejny etap to wysypanie wszystkich składników na tackę krzesełka do karmienia. Nie bawimy się w talerzyki czy miseczki. Te bowiem od razu lądują na ziemi.

Nasze danie ‘pewniak’? Proszę bardzo:

– buraczki, ugotowane i pokrojone w kosteczkę;

– zielona pietruszka, drobniutko posiekana;

– jajko, pokruszone widelcem; tutaj potrzebna jest pomoc rodzica gdyż jajko bywa zbyt kruche i w ‘podróży’ ląduje co najwyżej na śliniaczku. Ja Pyzi lepię z niego takie pietruszkowo-jajeczne kluseczki i podaję bezpośrednio do łapki lub do buzi;

– mięsko wedle potrzeb i możliwości; ja ‘targam’ je na drobne kąski; czasem daję większy do rączki – mamy już cztery zęby jest więc czym odgryźć;

– marchewka/marchewkowa papka; bardzo ważny składnik, dzięki któremu całość nie jest zbyt sucha, dla nas to podstawa 🙂

I to by było na tyle. Zakładam śliniaczek (dla nas najlepszy to taki ikeowy na rzepy, mycie i zakładanie w ułamku sekundy). Pyza zostaje z tym smakowitym bałaganem sama i w około 30 potrafi uporać się z całością.

Dla mnie jedzenie to przyjemność. Na każdym etapie życia. Takie samo podejście stosuję więc w karmieniu Pyzy. Jeśli dotąd staraliście się wycierać malucha po prawie każdym kęsie i zasadniczo jajko/buraczek wcierany w podłogę Was stresuje – tym bardziej spróbujcie takiego radosnego karmienia. Polecam taką metodę szczególnie rodzicom tzw. niejadków 🙂 Może dzięki temu Waszemu maluchowi jedzenie zacznie kojarzyć się z przyjemnością a Wy sami z radością odkryjecie, że warzywa zniknęły magicznie w małym brzuszku? Ach, i najważniejsze, dołączcie do swojej pociechy ! Takie jedzenie rękami to sama radość. Smacznego!