w czasie upałów dzieci się (nie) nudzą…

Ponieważ słońce od jutra ma znów niemiłosiernie prażyć wracamy z Pyzą do wczesnoporannych i późnopopołudniowych spacerów. I do pomysłów na aktywności poza domem, ale jednak nie na zalanym słońcem placu zabaw.

Podczas ostatnich upałów uciekłyśmy do osiedlowej biblioteki. Wydarzenie było bardzo ekscytujące dla mnie, ponieważ zapisałam Pyzę do oddziału dla dzieci i dostałam dla niej kartę biblioteczną. Dla Pyzy zaś była to znakomita okazja, żeby poznać nowe miejsce, rozsiąść się wygodnie na podłodze i poobserwować, co się dzieje wokół. I oczywiście przekąsić książkę z najniższej półki :).

bibliofil

Polecamy taką małą wyprawę w upalne sierpniowe dni.

Trzymajcie się (chłodno) ! 🙂

nie to ładne, co ładne… ?

Ta zasada odnosi się chyba do każdej sfery życia. Od sztuki do… sztuki wybierania na przykład dziecięcego wózka. Chociaż ten etap już dawno za nami a gondola zapakowana w pudło czeka w kącie piwnicy to ostatnie spotkania na spacerach przypomniały mi temat.

Nowy wóz

Nam wózek a właściwie firmę polecili znajomi, użytkownicy wózka Bebetto już od 3 lat, i szczęśliwie podróżujący z nim już z drugim dzieckiem.  Chociaż plany były inne i naszym kryterium zakupowym było przede wszystkim ‘żeby był lekki i łatwo się składał’. To tak od rodziców bez doświadczenia :).

Myśleliśmy oczywiście o komforcie córki, ale trudno było nam przełożyć to myślenie na praktyczne rozwiązania, bo o ile swoje potrzeby i możliwości (np. podniesienia 20 kg i wniesienia ich na trzecie piętro) znamy, to potrzeby niemowlaka były dla nas mocno teoretyczne. Nawiasem mówiąc porozmawialiśmy z sąsiadami (polecamy takie rozwiązanie) i zostawiamy wózek na parterze. Zdziwili się nawet, że chcieliśmy robić inaczej. Do pokonania mamy więc 7 schodów.

Wracając do tematu… Odwiedziliśmy kilka sklepów, trafiliśmy na świetną doradczynię z ogromnym doświadczeniem i pokładami cierpliwości, która przeprowadziła nas od tzw. parasolek wprost do naszego obecnego Bebetta. Nie było już dyskusji, Bebetto skradło nasze serca i rozumy :).

Wózek

Wózek jest rzeczywiście świetny, wygodny dla dziecka i rodzica. Praktyczny. Ładny… ale…

Tutaj nastąpi ‘ale’ odnoszące się do tematu wpisu. Trafiłam dziś na wrzucone na stronę producenta ślicznych pastelowych wózków zdjęcie spacerówki, która ledwo, ledwo przytrzymuje malucha w plastikowej ‘kapsule’. Ledwo, ledwo zasłania przed słońcem mini budką. Dziecko ręce wciśnięte ma pod pałąk. Inaczej sie nie da. Widuję takie wózki codziennie i po prostu się nie da. Nazywamy je wózkami do Ikei i z Ikei, bo chyba na dłuższy spacer nie ma szans. Chyba że komfort dziecka mamy w nosie. Ale estetykę cenimy wysoko.

Dopóki znajomi nie dostali takiego wózka i nie pozbyli się go równie szybko myślałam, że jest uprzedzona i tyle. Może więcej we mnie konserwatyzmu niż mi się wydaje? Ale pytam, i pytam, i oglądam. I jednak dochodzę do wniosku, że rodzice zapominają bardzo często po co wózek jest. A nie jest głównie do oglądania. Jest do wygodnego i zdrowego podróżowania dziecka. I rodzica. I niech będzie ładny, czemu by nie. Ale niech nie będzie tacką na dziecko z której mała pupa spada przy każdym podjeździe, krawężniku.

I zastanawiam się dlaczego tak trudno jest nam pamięcać o potrzebach dziecka bez odwołania się w pierwszym rzędzie do swoich potrzeb?

Trafiłam ostatnio na propozycję czarno białego wystroju dziecięcego pokoju, entuzjazm forumowiczów był niesamowity (pokój głownie czarny z białymi graficznymi prześwitami, taka wersja książeczki ‘Oczami maluszka’ w wydaniu maksi). Bo to pieknie kształtuje poczucie estetyki, tak na przyszłość… a może mniej kształtujmy a trochę więcej pozwólmy dzieciom uczyć się po swojemu, dziecięcemu, kolorowo a nawet uff z odrobiną kiczu? Czy zachwyca mnie żółte plastikowe coś z kolorowymi pokrętłami, które zajmuje sporo miejsca w dużym pokoju? Tak nie do końca…  ale Pyza je uwielbia i to kształtuje mnie i moje poczucie szczęścia.

Więc nie to ładne, co ładne ale warto zatrzymać się i zastanowić, komu ma się podobać :).

ps to nie jest post sponsorowany, po prostu jesteśmy bardzo zadowoleni z naszego wózka 🙂

o książkach

Przed urodzeniem Pyzy, jak pewnie sporo przyszłych rodziców, sięgnęliśmy z mężem po kilka pozycji książkowych dotyczących ciąży, rodzicielstwa, karmienia. Pierwsza książka, która trafiła w nasze ręce to popularna pozycja T. Hogg, M. Blau ‘Język niemowląt’.  Przeczytaliśmy ją oboje, czasem podchodząc do rad autorek z przymrużeniem oka, czasem jednak notując niektóre uwagi. I pomimo, że staraliśmy się zachować świeże i otwarte podejście to chyba jednak książka nie przekonała nas do ‘prostego planu’. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że niemowlak traktowany jest w książce jak ‘projekt dziecko’. Pomimo deklaracji mało było w podejściu autorki empatii, za dużo zaś schematów. Przeszkadzał mi też brak spójności w propagowanym podejściu. Z jednej bowiem zaproponowana metoda okazywania szacunku dziecku to na przykład oprowadzenie go po nowym mieszkaniu/domu. Z drugiej strony autorki proponują bardzo ‘mechaniczne’ podejście do karmienia w swoim prostym planie: ‘maszynowo’, co 15 minut. Jeśli maluch nie podejmuje ‘gry’ to chyba coś robimy nie tak…

Post1

Niemowlaki dzielą się według autorek na kilka typów. Jednak z mojego doświadczenia, nie tylko z naszym dzieckiem, niemowlaki mają tendencję do szybkiego rozwoju i ich osobowość przecież dopiero się kształtuje. Ta teoria wydaje się być nieco na wyrost.

Nam zdecydowanie bliżej było do podejścia intuicyjnego i skupienia się na dziecku. Zrobiliśmy sobie więc mini-listę potrzeb i kiedy Pyza płakała lub marudziła a my byliśmy w rozterce (czytaj: skrajnie zmęczeni), przechodziliśmy przez 4 punkty i zazwyczaj udawało się sytuację rozwiązać.

Sprawdzaliśmy więc, czy (kolejność przypadkowa):

– nie jest głodna?

– jak tam pielucha?

– może przytulić?

– czy nie za zimno/ciepło?

Czasem oczywiście się nie udawało, wtedy przechodziliśmy przez listę ponownie lub po prostu… Pyza sama się uspokajała. Staraliśmy się też nie od razu ‘rzucać się’ jej na ratunek. Często bowiem po kilku sekundach uspokajała się sama i wracała do przerwanej drzemki. Taka mała lekcja samodzielności i zaufania do malucha.

I tutaj metoda T. Hogg bardzo się nam podobała. Autorka również proponuje spisywanie i analizę zachowań malucha. Więc chyba po prostu z książki można czerpać to, co sprawdza się w naszej filozofii wychowania?

Dostaliśmy też od rodziny ‘Wielką księgę dziecka’ autorstwa B. Gebauer-Sesterhenn, M. Praun. Ta pozycja zupełnie do nas nie trafiła (‘sztywny’ język, przykłady odległe kulturowo a nawet czasowo…), skorzystaliśmy tylko z kilku rad dotyczących pielęgnacji niemowlaka, które potwierdziły to, czego nauczyliśmy się w szkole rodzenia.

Post2

Zresztą dobra szkoła jest warta wszystkich książek razem wziętych :). Jedyny minus to to, że nie da się do tych spotkań wrócić a materiały otrzymywane od położnych i lekarzy są zazwyczaj szczątkowym powtórzeniem poznanych tematów. Wyjątkiem była w naszym przypadku tylko kwestia karmienia i zdrowej diety mamy, dostaliśmy obszerne materiały z których potem chętnie korzystałam.

Do szkoły zazwyczaj też zapisujemy się pod koniec ciąży, kiedy to możemy być porządnie zmęczeni i sporo przydatnych uwag po prostu nam umknie.

Oczywiście jest jeszcze internet i kilka pomocnych, rzeczowych portali. Ja korzystam z mamazone, edziecko i kilku innych dotyczących żywienia niemowląt, o tych jednakże wspomnę w osobnym poście.

Warto więc sięgnąć po kilka książek, szczególnie jeśli spodziewamy się pierwszego dziecka i temat jest dla nas zupełnie nowy. Warto też porozmawiać z rodziną, przyjaciółmi, zaprzyjaźnioną położną. Dla nas te rozmowy były bezcenne i wielokrotnie wracały do nas rady, które słyszelismy jeszcze przed urodzeniem dziecka. Ważne jest jednak żeby nie popaść w przesadę i trzymać zdrowy dystans do tego, co czytamy/słyszymy. Jak to zrobić? Jak nie porównywać własnego dziecka z tabelkami w książce i nie załamywać rąk, kiedy chce jeść częściej niż co 45 minut przez 7 minut?

Pomyślmy o sobie, czy my tak działamy? czy robimy wszystko według schematu? A przecież ten mały człowiek dopiero się uczy i do tego rozwoju potrzebuje swobody. Dajmy mu ją słuchając jednocześnie tego, co swoim codziennym językiem  (głużeniem, płaczem, ruchem, ciszą) chce nam przekazać. Pewnie, że łatwo powiedzieć trudniej wprowadzić w życie… ale testujemy takie podejście u siebie i bardzo je polecamy. Cierpliwie i powoli ale da się 😉

uff jak gorąco…

Dajecie radę? A jak maluchy?

Nasza Pyza upały znosi kiepsko, szczególnie kilka upalnych dni pod rząd. O niektórych naszych metodach radzenia sobie z upałami już wspominałam np. o mokrym ręczniku w woreczku, który zawsze warto mieć przy sobie. I oczywiście pijemy dużo wody. Na szczęście nasze dziecko wodę pije chętnie, szczególnie od momentu w którym odkryła kubek 360 stopni, który uwielbia. Taki mały krok w stronę samodzielności i dorosłego kubka.

360

A wracając do upałów… My spróbowaliśmy po prostu uciec z miasta. Wybraliśmy Przełęcz Salmopolską. I rzeczywiście w górach, do których mamy niedaleko, powietrze było lżejsze, chłodniejsze, pojawił sie nawet lekki wiaterek. Nie szaleliśmy z wspinaczką ;), zostaliśmy przy pikniku na pięknie położonej łące. Taka jednodniowa wycieczka dała nam trochę oddechu. Jeśli możecie się więc wyrwać na chwilę za miasto, to bardzo polecamy.

ale łapka

A nasza wyprawa przypomniała mi o stronie Trasa dla Bobasa, którą z pewnością jest warta odwiedzenia. Moc inspiracji na wyprawy z dzieckiem, dodatkowo zawsze określony poziom trudności trasy i ułatwienia/atrakcje na niej.

My ciągle jeszcze pracujemy nad naszą listą miejsc do odwiedzenia z niemowlakiem a przy okazji powstaje lista rzeczy do zabrania. Bo wyprawa z Pyzą wymaga od nas trochę więcej przygotowań niż nasze dotychczasowe ‘to co, jedziemy?’ ‘jedziemy’… 😉

Nie takie zabawki złe, jak je malują

Często rozmawiam z mamami maluchów i niezależnie od stażu prawie jednym głosem wszystkie mówią, że dzieci najlepiej bawią się tym, co do zabawy nie jest przeznaczone. Od kabelka, co kusi wystając z kontaktu, po chochlę. Wszystko kusi, wszystko bawi. Nasza Pyza wchodzi właśnie w ten okres życia w którym przebywanie w jednym pokoju to już za mało i zaczyna zwiedzać mieszkanie. durszlak

Przy tym zwiedzaniu oczywiście nie omieszka ‘dorwać’ się do wyżej wspomnianych sprzętów. Na część jej pozwalamy np. na plastikową chochlę, od kabli oczywiscie ją odganiamy. Chociaż w języku niemowlęcym ‘nie’ w ‘nie wolno’ jest chyba nieme ;).

W dyskusji o zabawkach pojawia się też głos przeciwko tzw. zabawkom interaktywnym.pchacz

I tutaj nie do końca się zgodzę. O ile rzeczywiście nasza Pyza jest zachwycona chochlami i innym plastikowym sprzętem kuchennym, to przy takich zabawach wymaga 100% asysty. Kiedy zaś siedzi przed swoich pchaczem i obraca kółeczka, wciska i kręci korbki, to wtedy mogę ją zostawić samą i tylko ‘doglądać’. Ja więc taką zabawkę mogę polecić, w naszym wypadku po małej modyfikacji… Jedyna rzecz, która dla nas była zdecydowaną wadą pchacza to bardzo głośna melodyjka, której nie dało się ściszyć. Jedyną opcją było więc wyjęcie baterii. Jeśli macie taką możliwość to warto taki sprzęt pożyczyć od znajomych i jeśli zdecydujemy się na zakup, wtedy będziemy wiedzieć, czy nasz maluch jest nią w ogóle zainteresowany. My byliśmy sceptyczni (podobnie było z huśtawką niemowlęcą) a okazało się, że był to zakup w dziesiątkę i wygląda na to, że Pyza wykorzysta swój pchacz przez kilka miesięcy a potem odeślemy go w kolejne małe łapki 🙂

dobre rady… ciąg dalszy

Dziś krótko, bo upał daje się nam we znaki.

Niemowlaki (a przynajmniej nasz) jednak najlepiej ‘operują’ w temperaturze maksymalnie 20 stopni. Spacer przełożyłyśmy na 8 rano i 18, ale i tak wróciłyśmy dziś w słabej formie.

A w temacie dobrych (czytaj: przydatnych) rad przy ostatnich upałach przypomniałam sobie o sposobie na ochłodzenie dziecka, takim z moich letnich, dziecięcych podróży po Polsce pięknym granatowym fiatem 126p. Mianowicie mama zawsze miała przy sobie woreczek z mokrym ręczniczkiem. Po jednym na rozgrzane głowy, moją i brata.

I wiem, że teraz są chusteczki nawilżane w różnych rozmiarach, wzorach i kolorach. I chyba mogą pełnić podobną rolę? Sama jednak używam ich tylko, jeśli muszę. A sposób z ręczniczkiem jest dla mnie rewelacyjny. Kupiłam sobie kolekcję mini ręczników do twarzy z Ikei i zawsze mam jeden ze sobą.

Dziś więc nie tyle rada, co wspominki :), ale mam nadzieję, że przydatne.

Chłodnego popołudnia!